Ta strona używa COOKIES!

Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.

Urodziłem się w wielodzietnej rodzinie jako najmłodszy z rodzeństwa. W wieku dziecięcym bardzo często chorowałem. Wychowałem się bardziej zaopiekowany przez siostry niż rodziców. Dorastałem w przekonaniu, że nie jestem kochany i na miłość lub przynajmniej dostrzeżenie mnie muszę sobie zapracować. Dlatego było to dla mnie motywacja aby najlepiej się uczyć. Miałem świadectwa z czerwony paskiem, byłem ministrantem i grałem w orkiestrze dętej.

Historia mojego uzależnienia

Paweł, 42lata
Urodziłem się w wielodzietnej rodzinie jako najmłodszy z rodzeństwa. W wieku dziecięcym bardzo często chorowałem. Wychowałem się bardziej zaopiekowany przez siostry niż rodziców. Dorastałem w przekonaniu, że nie jestem kochany i na miłość lub przynajmniej dostrzeżenie mnie muszę sobie zapracować. Dlatego było to dla mnie motywacja aby najlepiej się uczyć. Miałem świadectwa z czerwony paskiem, byłem ministrantem i grałem w orkiestrze dętej. Chwalono się mną ale nie byłem chwalony. Wielokrotnie byłem bity bez powodu gdy ktoś inny zawinił. Nie czułem się bezpiecznie w domu przy rodzicach. Nawet jak rozbiłem sobie głowę która wymagała interwencji lekarz (szycia) wolałem się schować w róg niż zwrócić się o pomoc. Nie miałem od ich wsparcia i wiedziałem że jeśli mi na czymś zależy to sam muszę na to zapracować. Od 10 roku życia zacząłem pracować fizycznie w czasie żniw (wakacji) u gospodarza. Nawet jeśli mnie jawnie oszukiwał nie miałem odwagi o tym aby na głos to powiedzieć lub powiedzieć o tym rodzicom.
Masturbację pomogli mi odkryć koledzy i od tego czasu stała się oprócz pracy ucieczką od czucia.
Była ze mną zawsze w każdym trudnym momencie z którym trudno mi było sobie poradzić albo kiedy chciałem poczuć się lepiej. Naiwnie wierzyłem, że jeśli założę rodzinę to wszystko się ułoży, że zakończę z tym i rzeczywiście na początku tak było. Było jak w najlepszym romansie. Byłem w siódmym niebie. Zapomniałem o nałogu do czasu aż pojawiły się problemy. Syn który miał się urodzić, na którego tak z utęsknieniem czekałem urodził się w zamartwicy i musieli go reanimować aby przeżył. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie chciałem i nie mogłem zaakceptować rzeczywistości, wolałem od niej uciec. Masturbacja wróciła jak bumerang. Praca też. Pracowałem czasami kilka miesięcy bez dnia wolnego. Zatraciłem się w pracy i nauce. Czasami musiałem zostawać z synem który pomimo problemów w czasie narodzin rozwijał się prawidłowo na weekend i to był najwspanialszy czas jaki wspominam porównywalny z tym z okresu narzeczeństwa ale po tym wracałem do rzeczywistości. Sytuacje w moim życiu, nałóg oaz decyzje które podjęliśmy powodowały, że musiałem więcej zarabiać zmieniałem zatem często pracę aby podnieść nasz status materialny by w końcu samotnie wylądować za granicą.
Wieczory tam spędzałem na rozmowach internetowych z moimi „obiektami”, które wynalazłem w sieci i które tak jak ja „czegoś” tu szukają. Nasze rozmowy szybko przechodziły na strefy seksu. Obydwoje wiedzieliśmy po co tam byliśmy i czego od siebie oczekiwaliśmy. W zależności od „obiektu” i co ją kręciło wykonywałem różne jej prośby aby spełnić jej oczekiwana, aby po prostu była, aby nie uciekła, ponieważ potrzebowałem jej do życia, po to abym był podziwiany, po to abym był doceniany, po to abym czuł się kochany. Tak bardzo tego potrzebowałem, tak bardzo.
Najgorzej jest jak niebyło nikogo. Wówczas szukałem, błądziłem po czatach i sex kamerkach i szukałem ukojenia jak narkoman narkotyku. Po chwili ekstazy, z chwilą kiedy opadało podniecenie, znowu byłem sam w tym swoi pustym małym i tajemniczym świecie.

Rozmyślałem:
„Nikt nie wie, jak żyję.
Dlaczego inni uważają mnie za fajnego faceta? Przecież jestem dupkiem, fiutem. Oszukuję żonę i zdradzam ją. Ja zdradzam żonę? Przecież nic złego nie robię. Rozmawiam tylko przez Internet. No czasami zdarza mi się, że włączę kamerę i się do niej onanizuje ale co z tego, przecież od tego nie załapię choroby wenerycznej, to bezpieczne. Inni faceci to zdradzają, maja kochanki, nie wracają do domu. To dopiero jest zdrada. Ja chodzę do pracy zarabiam pieniądze i nie wydaję je na dziwki. Jestem super.
Właściwie to zawsze żona ma do mnie pretensje o wszystko, to jej wina że jest taka czepialska. Mam nadzieje że kiedyś będzie tak jak kiedyś jak się poznaliśmy. Nie potrafiliśmy wówczas wytrzymać bez siebie. Tak bardzo się kochaliśmy”.

Pewnie trwałbym w tym uśpieniu jeszcze wiele lat coraz bardziej się pogrążając w nałogu gdyby nie telefon 26.09.2013r i informacja w słuchawce:
- Musisz mi powiedzieć co się z tobą dzieje? Masz czas do 22. Inaczej nie wracaj do domu i nie zobaczymy się już nigdy.
Po tych słowach usłyszałem głuchy dźwięk rozłączonej rozmowy.

Myśli kłębiły się w mojej głowie:
„Jak to się stało? Co ona wie? Skąd ona wie? Czy w ogóle wie i ile wie, a może blefuje? Jak mogła się dowiedzieć? Pewnie coś odkryła, ale co? Domyśla się czego? Czego? Cholera, co począć? Czy to możliwe że nie będę mógł wrócić do własnego domu?
Tak to prawda że nałóg pochłania mnie to bez reszty, ledwo funkcjonuje. Ledwo skupiam się na wypełnianiu swoich podstawowych obowiązków. Nie dbam o siebie, nie dbam o nic. Łatwo się irytuję. Nie walczę o nic. Brakuje mi motywacji. Łatwo się poddaję. JETEM UZALEŻNIONY.
A może to dlatego była ostatnio taka zamyślona? Może to dlatego tak nie wychodzi nam, bo ona się stara a ja zagubiłem się i szukam tylko sposobności aby skorzystać z Internetu. Co z tego, że wracam do domu co dwa tygodnie do domu jak myślami jestem gdzie indziej.
Cholera, czyżby to była moja wina?
No tak, ale jakbym chciał jej coś powiedzieć, to co jej wyznam? Prawdę idioto. Wystarczy tych kłamstw. Już nie chce tak żyć. Ale jak nie będzie chciała mnie znać? Przecież powiedziała, że mam jej powiedzieć do 22. Najważniejsze aby powiedział. Ale jak pomimo wszystko nie będzie chciała mnie znać (przecież zależy mi na niej)? To chyba lepsze, żyć w prawdzie osobno, niż żyć w takim bagnie jakim żyjesz. Skoro tak uważasz to po co czekać do 22 jeszcze stchórzysz. Po prostu zadzwoń!!!”.

Wybrałem numer i zadzwoniłem. W słuchawce usłyszałem:
-Słucham?
- No witam, ja wiesz, … miałem zadzwonić do 22-giej ,.. odnośnie tego co mówiłaś……, chciałem Ci coś powiedzieć, eeeee…. że….. rzeczywiście coś ze mną jest nie tak………. Od jakiegoś czasu rzeczywiście wchodzę na czaty erotyczne i ……….wydaje mi się że…………… JESTEM UZALEŻNIONY……………. Nie wiem co począć… POMOŻESZ MI?

Ta rozmowa trwała jeszcze długą chwilę. Żona powiedziała, że musi to sobie przemyśleć i abym do niej nie dzwonił, ale to co jest najważniejsze, to jest to, że po raz pierwszy w życiu po 28 latach uzależnienia przyznałem się do tego, że mam problem, że JESTEM UZALEŻNIONY.
Drugą pozytywna rzeczą jest to, że poprosiłem o pomoc drugiego człowieka. Błędem było to, że poprosiłem o pomoc żonę przez co ona przez długi czas, czuła się odpowiedzialna za moje zdrowienie.

Myślałem sobie:
Ufff, jak dobrze że powiedziałem. Ale co teraz będzie? Jak ja sobie dam radę z walką z uzależnieniem? Nigdy przecież mi się nie udawało z tym zerwać. Bo miałem słabą motywację. Teraz muszę się zmienić. Powiedziałem przecież żonie. To już nie przelewki. Zrobię WSZYSTKO aby sobie pomóc aby rozwiązać ten problem. Ale co mogę zrobić? Znajdę innych uzależnionych, spotkam się z nimi.

Po dwóch dniach rozpoczynał się mój urlop, żona się nie odzywała a ja jechałem pociągiem do Szczecina na mój pierwszy w życiu miting. Był on jak chłody orzeźwiający prysznic. Otworzyłem się i opowiadałem całą historię swojego życia. Trochę bolało ale po wszystkim dało poczucie satysfakcji i zadowolenia i świadomość że to słuszna droga abym odkrywał swoje ciemne i mroczne życie.

Zadzwoniła żona. Poinformowała mnie, że mogę wrócić do domu. Byłem przeszczęśliwy. Miałem jeden warunek- miałem być do końca szczery i wszystko powiedzieć. Oddałem laptopa z całym tym szlamem i całą historią a ona szukała, czytała i przeglądała wszystko. Im więcej rzeczy się dowiadywała ode mnie i znajdowała w laptopie tym bardziej przekonywała się jakie spustoszenie rozsiał we mnie ten nałóg. Zaczęła szukać dla mnie pomocy. Zaczęliśmy jeździć do specjalistów psychologów i psychiatrów ale po konsultacjach nie stwierdzono u mnie żadnych schorzeń psychicznych. Bardzo szybko zarezerwowała mi wizytę w Ośrodku Terapii Uzależnień w Szklarskiej Porębie. Musiałem się uzbroić w cierpliwość bo nie było miejsca i musiałem poczekać kilka tygodni. Ne wiedziałem co zrobić z czasem wolnym. Bałem się ciszy. Balem się bezruchu i spokoju, nic nie robienia. Pracowałem wówczas za granicą ale przed wyjazdem na terapię powiedziałem, że chcę się zwolnić i z taka myślą, rozstałem się z zakładem i na początku listopada jechałem na terapię na 3 tygodnie.

Po dojechaniu na miejsce i pierwszym wieczornym przedstawieniu się myślałem:
Cholera gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Co ja tu robię? Ja tu nie pasuję!!! Tu są alkoholicy, narkomani, lekomani a ja taki normalny facet, co chodzi do pracy, całkiem nieźle zarabia, wybudował ładny dom, ma ładną żonę i fantastycznego syna. TO JAKAŚ POMYŁKA.

Ale skoro tam byłem oraz obiecałem sobie i żonie że zrobię wszystko aby wyzdrowieć dodatkowo nawet zapłaciłem za to miejsce to już zostanę.
Po tygodniu myślałem:
Jednak nie jest tak źle. Jednak inni są tacy sami jak ja i nie gryzą a nawet lubię ich i są podobni do mnie.
Po dwóch tygodniach myślałem:
Szkoda że nie mam pieniędzy i nie wykupiłem dłuższego pobytu. To niesamowite miejsce i fantastyczny czas pracy nad sobą najlepszy w moim życiu.

Po wyjściu obawiałem się o to abym nie stracił rzeczy których się nauczyłem. Zacząłem ćwiczyć co rano. Znalazłem sponsora i zacząłem pracować na 12 krokach. Po namowie szefa wróciłem jednak ponownie do pracy za granicą. Dodatkowo codziennie wieczorem biegałem i zacząłem gotować sobie codziennie obiady aby pozytywnie wypełnić czas. W związku z tym, że moje samopoczucie wraz z wydłużaniem się okresem abstynencji powinno się poprawiać to znacznie się pogorszyło. Zaczęły mnie nawiedzać dawno wyparte i nieprzeżyte uczucia których nie pozwoliłem sobie przeżyć. Napisałem list do mamy i spotkałem się z nią aby jej go przeczytać. Przez chwile poczułem się lepiej ale później było jeszcze gorzej. Miałem myśli samobójcze. Przestraszyłem się. Wróciłem więc po kilku miesiącach ponownie do Szklarskiej Poręby na pogłębioną terapię na 1 tydzień.
Zacząłem tam bardziej pracować nad tym co wydarzyło się kiedyś i dlaczego się uzależniłem. Doszło do mnie i zrozumiałem, że nie mogę nikogo obarczać winą za mój nałóg, za to, że tak się wszystko ułożyło. Rodzice nie mogli mi za wiele dać ponieważ sami niewiele mieli. W ich domach nie nauczono ich miłości i właściwego wychowania. Moi rodzice urodzili się krótko przed II wojną światową i nie były to sielankowe lata szczególnie dla klasy robotniczej.
Uczepiłem się różnych form terapii, mitingi SLAA, DDA i SYCHAR, grupy wsparcia, książki, ćwiczenia fizyczne bieganie, poznawanie Biblii, relaksacja, inspirujące filmy, muzyka, itp.

Od czasu decyzji o tym, że chcę być szczery i nie mam zamiaru dłużej tak żyć minęło już 3,5 roku. Co się zmieniło w moim życiu?
Nie boje się samotności. Nie czuję się samotny pomimo ze czasami jestem sam. Lubię czasami pobyć sam w ciszy i tego wręcz potrzebuję. Nie zabiegam o polubienie mnie. Mam szacunek do siebie. Nie boje się zabierać głosu w jakiejś sprawie. Aktywnie spędzam czas i szanuje go. Staram się skupiać na jednej czynności w jednym czasie. Jestem obecny tu i teraz. Mam kontakt ze swoimi emocjami i pozwalam na całe ich spektrum. Nie uciekam od nich. Kocham siebie, świat i otaczających ludzi. Nie podejmuję pochopnych i nieprzemyślanych decyzji. Uczę się przyznawać do błędu, przepraszać i wybaczać na bieżąco. Realizuję rzeczy i tematy które odwlekałem latami. Akceptuje to że nie na wszystko mam wpływ. Biorę odpowiedzialność za moje decyzje. Zaakceptowałem swoją przeszłość.
Oby nie brzmiało to zbyt optymistycznie że jest perfekcyjnie, nadal mam wiele do zrobienia i nauczenia się. Kiedyś terapeuta Wojtek powiedział mi że: „szczęście jest pomiędzy Twoimi uszami”. Nie rozumiałem wówczas tych słów. Musiało upłynąć trochę czasu abym je zrozumiał. Zawsze uwarunkowywałem moje szczęście od tego jaką będę miał żonę, syna, dom, szkołę, samochód, pracę, itd. Pomimo, że tego doświadczałem nie potrafiłem odczuwać szczęścia i cieszyć się z tego co mam, warunki do szczęścia zawsze rosły i nigdy nie mogłem go dogonić. Obecnie z całą odpowiedzialnością za swoje słowa mogę napisać że jestem szczęśliwym człowiekiem.

Mam nadzieję, że te parę słów pomogło uwierzyć Tobie, że można odmienić swoje życie i że nigdy nie jest za późno na zmiany, wystarczy podjąć jedną „męską” decyzję, ja ją podjąłem 3,5 roku temu a jaka jest Twoja?